Polisa na życie. Potrzebna?
Któż z nas nie chciałby posiadać spokojnej starości? Przez pełne życie staramy się na nią zapracować. Okazuje się jednak, że pomimo naszych usilnych starań nie wszystko da się przewidzieć. Kiedy Edward Gierek w latach 70. pytał: \"No to jak, pomożecie?\", kobiety i mężczyźni głośno odpowiadali: \"Pomożemy!\". I w rzeczywistości popierali swoje słowa czynami, m.in. powierzając ciężko wypracowane pieniądze PZU i wykupując polisy tzw. rent odroczonych czy polisy posagowe dla dzieci. Tymczasem państwo zawiodło. Jego polityka doprowadziła do szybkiego zniwelowania wartości pieniądza. Niestety, przy zawieraniu umów z ubezpieczycielem ani jedna osoba nie przewidział załamania gospodarki i hiperinflacji. Co stało się potem? Skrupulatnie, zgodnie z rosnącą w zawrotnym tempie inflacją podwyższano oprocentowanie kredytów, co wielu ludzi doprowadziło do bankructwa. Jednakże pieniądze, które obywatele w czasach PRL mieli zdeponowane w państwowych instytucjach majątkowych, takich jak PZU, były waloryzowane niewspółmiernie do rzeczywistej zmiany siły nabywczej pieniądza. Szacuje się, że w całym państwie polisę renty odroczonej w latach 70. i 80. wykupiło kilkanaście tysięcy ludzi - głównie rzemieślnicy, ogrodnicy i rolnicy, którzy kiedyś nie byli objęci ubezpieczeniem społecznym i chcieli sobie w ten sposób zagwarantować na starość środki do życia. Joanna Stolarz, obecnie mieszkająca w Warszawie, dawniej prowadziła razem z mężem gospodarstwo rolne. - Po tym, jak mąż przeżył zawał serca, sprzedaliśmy je częściowo Skarbowi Państwa i w grudniu 1987 r. wpłaciliśmy na moją rentę odroczoną milion PLN - mówi pani Joanna. Rentę zaczęła pobierać po ukończeniu 55. roku życia, a zatem w lutym 1992 r. Na start otrzymywała 80 złotych miesięcznie. Od czterech lat, po ugodzie zawartej z PZU, dostaje 205 złotych.